Tetnuldi – część 2
Spacer wokół namiotu zakończył się dla mnie niespodziewanym upadkiem do niewielkiej szczeliny. Zarwał się pod moim ciężarem most śnieżny ukrywający niebezpieczną pustkę. Wszystko trwa zaledwie ułamki sekund – ku memu zaskoczeniu nawet nie krzyknąłem. Zareagowałem instynktownie szeroko rozkładając ramiona, które na szczęście znalazły oparcie i nie spadłem w lodową czeluść. Nagły zastrzyk adrenaliny zwielokrotnił moja siłę. Niczym drapieżny kot wbijając palce w śnieg wydostałem się z pułapki po chwili dopiero rozumiejąc powagę sytuacji. Aby nie obciążać zbytnio śniegu i rozłożyć mój ciężar odczołgałem się kilka metrów od tego feralnego miejsca i roztrzęsiony powróciłem do namiotu by ostrzec współtowarzyszy. Wieczór upłynął mi na regenerowaniu sil zarówno fizycznych a szczególnie psychicznych. Następnego dnia musieliśmy odwołać planowany atak szczytowy z powodu silnego wiatru. By nie zmarnować dnia udaliśmy się na rekonesans wspinając większość część skalnej grani by rozpoznać trasę. Luźne i kruche kamienie zupełnie jak poniżej nie ułatwiały zadania – musieliśmy ostrożnie wybierać stopnie i chwyty – głównie spośród większych bloków skalnych by utrzymały nasz ciężar. Kilkugodzinna wspinaczka pozwala mi odzyskać wiarę we własne siły. Prognozy pogody wydają się optymistyczne więc ponownie ustawiamy budziki na środek nocy.
Aura sprzyja
– mimo ciemności wiatr prawie ustał. Wszechobecna cisza jest wręcz zaskakująca po wielu dniach walki z wiatrem i ciągłym hałasie łopoczącego namiotu przeszkadzającym zasnąć. Szybko pokonujemy znany już skalny odcinek. Zmrożony śnieg zapewnia pewne oparcie dla raków i czekanów. Droga prowadzi bezpośrednio granią w dużej ekspozycji, niemal kilometr z lewej a 2 z prawej, gdy musimy balansować na czubkach butów. Wyżej by ominąć nawisy śnieżne idziemy śnieżno-lodowym stromym stokiem wykuwając stopnie. Nie tylko my decydujemy się wykorzystać okno pogodowe. Wkrótce widać maleńkie sylwetki poniżej pnące się w górę. Około 10 zmęczeni stajemy na szczycie.
Bezchmurne niebo i wspaniała panorama są naszą nagrodą. Dość szybko ruszamy w drogę powrotną mijając innych alpinistów. Zbliża się południe i śnieg powoli zamienia się w mokrą breję, co potęguje trudności. Twarde poranne stopnie nie zapewniają już silnego oparcia i czasem osuwają się pod naszym ciężarem. Ostrożnie docieramy do naszych namiotów. Postanawiamy przeczekać noc by bezpieczniej przekroczyć lodowiec nad ranem. Ponownie wyruszamy w drogę w kompletnych ciemnościach. Zwijamy obóz i ostrożnie schodzimy w dół. Przez kilka dni przybyło kilka nowych szczelin i musimy od nowa szukać drogi wśród lodowych rozpadlin. O świcie opuszczamy lodowiec i kontynuujemy nasza wędrówkę by szóstego dnia późnym popołudniem dotrzeć do puntu wyjścia.
Pomimo niższej wysokości niż Elbrus (5642 m vs. 4858 m) Tetnuldi jest ciekawym o wiele miej uczęszczanym szczytem. Wedlug rosyjskiego przewodnika jest to jeszcze góra trekkingowa, ale nie polecam jej dla osób bez doświadczenia wspinaczkowego w górach o charakterze alpejskim. Poziom trudności jest zdecydowanie większy niż na Mont Blanc, Kazbeku czy Elbrusie.









